ADRES: ul. Kraszewskiego 3, 37-500 Jarosław, woj. podkarpackie e-mail: zsschiosekretariat@interia.eu tel/fax: 16-6216414
SI-8/2019
Zespół Szkół Spożywczych, Chemicznych i Ogólnokształcących im. Marii Curie - Skłodowskiej
Wspomnienia o naszych byłych pracownikach

WSPOMINKI

ŚP. Ryszard Białas Odszedł w czasie wakacji 1981 roku z marszu; jeszcze dziś podlewał kwiaty w pracowni mikrobiologicznej jutro - rozeszła się wiadomość o Jego śmierci. Tak bardzo był w tej szkole że jakaś pustka po nim trwa do dziś dla tych, którzy Go znali. Jego głos rozlegał się po korytarzach, w klasie, w pokoju nauczycielskim. Wchodził mówiąc, wychodził mówiąc, rozmawiał po drodze i gdy przystawał. Miał resztki siwych włosów, młodą twarz i bystre oczy. Zimą na rajdzie popisywał się chodzeniem boso po śniegu. Ileż tych rajdów było! Ileż wycieczek! Wyprawa z Nim zawsze była ciekawa, pogłębiona wiedzą o trasie, zabytkach, historii, geografii, przyrodzie. I śpiewało się, śpiewało a profesor Białas przygrywał na "bałałajce" jak zwykł był nazywać mandolinę. Wiele razy rozlegała się melodia "Upływa szybko życie . . . za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas" bez uświadamiania sobie treści słów. Bo przy Nim i z Nim wszystko intensywniało, nabierało życia, rumieńców, wigoru, radości, blasku... Mówił Rarogu lub Rybeńko - do uczennic, uczniów, koleżanek, do żony i dyrektora. "Bando, bando bez ciebie smutno i źle". Był niezwykły, wspaniały miał głęboką wiedzę i oddany był bez reszty młodzieży, ale bez tej nuty poświęcenia się i heroizmu. Sam czerpał z tego radość i siły. Nikt nie przypuszczał, że miał tych sił niewiele. Profesor Ryszard Białas - wspaniały nauczyciel mikrobiologii. [ Halina Pajda ] Śp. Feliksa Lityńska Jaką ją zapamiętaliśmy? Wysoka, szczupła, zawsze, no prawie zawsze opanowana i elegancko uczesana. Spod ciemnych włosów /w pierwszych latach naszej z nią znajomości/ przebijały nieśmiało srebrne nici. Zastanawialiśmy się, czy to niedoskonałość w poprawianiu natury, czy celowy zabieg, by przyzwyczaić się do myśli, że jednak czas szybko mija. Pani Profesor Feliksa Lityńska. Nauczycielka historii, wychowania obywatelskiego i wychowawczyni. Powagą i stoickim spokojem budziła w nas respekt. Wymagała dużo od nas, ale jeszcze więcej od siebie. Nawet dziś niektórzy z nas na dźwięk nazwiska Pani Profesor i słowa historia, czują dreszczyk emocji. Po latach wiemy jak trudno było w tamtym czasie uczyć tego przedmiotu, jakich wybiegów używać trzeba było by przemycić cząstkę dziejów prawdziwych. I jaką mieć odwagę. Tych przymiotów Pani Lityńskiej nie brakowało. Była też wspaniałą wychowawczynią. Wkrótce zrozumieliśmy, że pod maską powagi kryje się wrażliwość, ciepło i wielkie serce. Zawsze znajdowała dla nas czas, wspomagała dobrym słowem , pocieszała. Dystans, który zazwyczaj dzieli ławkę uczniowską od katedry nauczycielskiej, malał z każdym miesiącem. Profesorka stała się prędko "swoim człowiekiem". Czy więc coś nas dzieliło? No, na pewno! Pani Fela paliła wówczas namiętnie "Zefiry", a my tylko "Klubowe". Na tym tle dochodziło czasem do drobnych nieporozumień /Profesorka nie chciała, niestety, uznać w tym względzie równych praw i niejednokrotnie o skutkach zgubnego nałogu dowiadywali się rodzice/. W takich jak dzisiejsza chwilach, wspominamy naszych Profesorów i wychowawców. Kim pozostała dla nas Pani Profesor Feliksa Lityńska? Na pewno prawym człowiekiem, który starał się przekazać nam swą wiedzę i te prawdy o świecie, które gwarantowałyby nam bezkonfliktowy, łagodny start w dorosłe życie. Jestem przekonany, że osiągnęła cel. A dowód? Pewnie te leżące już świeże kwiaty na Jej grobie! (Jacek Stańda) Śp. Pan Dyrektor Jan Majkut Dyrektora Jana Majkuta pamiętają zapewne najstarsi nauczyciele i absolwenci z lat sześćdziesiątych. Wcześniej był moim nauczycielem przysposobienia obronnego w LO w Jarosławiu. Później, jako dyrektor przyjmował mnie do pracy w naszej szkole. Dzięki Mu za to, bo tu znalazłam życzliwą atmosferę, grono przyjaciół, wspaniałą młodzież. Starczyło tego dobrego aż na 30 lat. Dyrektor Majkut był urodzonym nieprzeciętnym pedagogiem: kochał młodzież, winowajców strofował po ojcowsku. Podobnie traktował nauczycieli. Cechował się prawością charakteru, nie znosił konfliktów. Szczery, otwarty, zyskał sympatię i szacunek otoczenia. (Stanisława Szim) Śp. Jadwiga Iwańska W internacie przez wiele lat sprawowała swe rządy "żelazna dama", pani Jadwiga Iwańska później wdowa po kapitanie wojska polskiego. Wytworna Pani uczyła dobrych manier wg zasad przedwojennej pedagogiki i trzymała w szponach wszystkich swych wychowanków. Przypominam sobie pewien epizod związany z nietypowym nazwiskiem przybyłego z wybrzeża nowego ucznia. Gdy chłopiec się przedstawił, krzyknęła oburzona "Czy ty kpisz sobie ze mnie smarkaczu jeden?" Młodzieniec /z V klasy technikum/ wyjął jakąś legitymację i ze stoickim spokojem okazał ją kierowniczce internatu. Speszona nieco i zawstydzona przeprosiła posiadacza niefortunnego nazwiska. Pani Iwańska wglądała w każdy szczegół życia internackiego. W jadalni panował idealny porządek, stoliki, serwety, naczynia lśniły czystością. Młodzież uczyła się sprawnego posługiwania się sztućcami. Na posiłki uczniowie przychodzili wyznaczonymi grupami, jak w wojsku. Być może, taka dyscyplina wydawała się zbyt surowa, ale na pewno spod ręki Pani Iwańskiej wychodzili młodzi ludzie, znający podstawy savoir - vivre. W surową atmosferę internackiego życia wiele ciepła i serca wniosła intendentka, Pani Stefania Kapecka oraz wychowawczyni, a później wieloletnia następczyni Pani Iwańskiej, Maria Ostrowicz. (Stanisława Szim) ŚP. Władysław Czarny (Dyrektor w latach 1956 - 1967) "Ja chłop z Pawłosiowa, trzecia chałupa z kraja". Tak żartobliwie przedstawiał się dyrektor Władysław Czarny. Inne Jego powiedzonka do dziś zachowały się w pamięci, jak choćby to: "Ja na wygląd nie choruję", gdy ktoś pod koniec Jego życia dowodził, że przecież świetnie wygląda. Ciężka choroba zmogła potem tego potężnego, zawsze w nienagannym garniturze i krawacie, mężczyznę, który lubił wokół siebie ład i porządek i tego od innych wymagał. Widywano Go codziennie raniutko, gdy jako troskliwy mąż i ojciec chodził do sklepu po mleko i bułki. Sam lubił proste potrawy, a na uroczystych przyjęciach dopominał się o pierogi. Gdy zakupił pralkę automatyczną /a była to w owym czasie rewelacja/ ponoć z wielkim upodobaniem wkładał do bębna wszystko, co popadło, nie zostawiając w domu suchej szmatki /wg relacji córki Miki!/. W dziejach naszej szkoły odegrał wyjątkową rolę jako znakomity gospodarz, ekonomista człowiek mający rozliczne koneksje, bez których w owym czasie trudno byłoby coś pożytecznego zrobić. Sam uczył przedmiotów zawodowych, ale jak mało kto doceniał rangę humanistyki w szkole technicznej. Poloniści i historycy mieli więc wolną rękę w organizowaniu imprez szkolnych /dyrektor przykładał wagę do ceremoniału podczas tych uroczystości/, konkursów, wycieczek polonistycznych i naukowo-turystycznych. Były więc wycieczki, stałe wyjazdy do teatru rzeszowskiego, spotkania w szkole z aktorami, recytatorami i poetami. Wspaniałe wrażenie pozostawił np. występ Ireny Jun w ramach Teatru Jednego Aktora, czy spotkanie z poetą Tadeuszem Śliwiakiem. Pewnie dzięki życzliwej dla humanistów atmosferze szkoły doczekaliśmy się nie tylko zastępu młodych chemików, techników i inżynierów przemysłu spożywczego, ale i sporej grupy polonistów, historyków, prawników /jest nawet aktorka!/ wśród absolwentów naszego technikum. Za panowania dyr. Czarnego studiowali wszyscy, którzy tylko mieli na to ochotę, uzupełniali wykształcenie, kończyli studia podyplomowe, uczestniczyli w kursach i sesjach naukowych. Nigdy nie zgłaszał sprzeciwu, nie mnożył przeszkód, zachęcał. Zadbał o nowe kierunki kształcenia, o powiększenie bazy lokalowej, o nowe miejsca do nauki i gimnastyki, życia w internacie, dyplomatycznie omijając biurokratyczne rafy i zakazy. Postarał się o otwarcie filii UMCS, co pozwoliło wielu jarosławianom na ukończenie studiów. Przerabiał, remontował, budował, by szkoła godna była imienia Marii Curie - Skłodowskiej. Dyrektor Czarny mógł z takim rozmachem prowadzić swoją działalność, mając obok siebie dwóch oddanych wicedyrektorów: mgr Mieczysława Klimczaka /filar szkoły w zakresie spraw pedagogicznych przez wiele lat/ oraz mgr Józefa Kałkuna. Bohater tych wspomnień nie był jednak wolny od ludzkich i dyrektorskich słabostek: zawsze musiał mieć rację. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy ośmieliłam się dość ostro przy jakiejś wymianie zdań powiedzieć, że pan dyrektor nie ma racji. Obraził się na mnie śmiertelnie i musiałam iść do gabinetu starszego pana na przeprosiny - z kwiatkiem. Kwiaty zresztą bardzo lubił, pełno ich było w jego otoczeniu. Ja w swoim mniemaniu uosobienie łagodności /z wyłączeniem awantur wszczynanych wobec ukochanych koleżanek i kolegów palaczy papierosów/ zyskałam u dyrektora Czarnego niezbyt pochlebne miano "Kuby Rozpruwacza". Rzekomo maltretowałam biednych maturzystów, dobierając się im do skóry! Niechże mi dziś po latach wspaniałomyślnie wybaczą i oni i nasz dyrektor. Na koniec z pozycji polonistki - emerytki muszę uczynić sentymentalne wyznanie: kocham moją szkołę i serdecznie wspominam tych wszystkich, którzy ją przez całe lata wypełniali swą fizyczną i duchową obecnością. Tym, którzy pracują i uczą się w mojej szkole, życzę wielu szczęśliwych dni. (Stanisława Szim) Śp. Henryk Dębicki Palił w piecu, ale poza tym naprawiał co się zepsuło: cieknący kran, źle funkcjonującą spłuczkę. Złota rączka, choć zawsze zabrudzona to węglem, to smarem. Trochę zacinał się. "Dziadek" wśród młodszych palaczy, był lubiany - pomógł, zastąpił, lubił dowcipkować... Cicho przemykał podwórkiem lub korytarzem. Mówił "zrobi się" lub "dobra" , gdy słyszał "Panie Henio to, panie Henio - tamto"... W tej szkole pracował wiele lat. Odszedł na emeryturę, a w miesiąc później odszedł na zawsze... jaka szkoda, że nie wypoczął... Śp. Kazimierz Dziurgot Pan Kazimierz Dziurgot to postać niezwykle barwna. Pochodząc z Kresów Wschodnich, zachował serce i duszę Wschodniaka: bezpośredniość, serdeczność, gościnność, elegancję obejścia i stroju, szarmancką grzeczność wobec pań. Ten wesoły dowcipny pan, stawał się od razu duszą towarzystwa, gdziekolwiek się znalazł. Młodzież, którą kochał, znajdowała w nim życzliwego powiernika i opiekuna. Uczył przedmiotów związanych z dziedziną piekarstwa, znał wszystkie składniki tej "wiedzy tajemnej". Rozdawał przepisy na prawo i lewo, choć żartobliwie mówiło się, że coś tam pominął i wypiek się nie udał. Jego niesłychana przedsiębiorczość sprawiła, że nie było dla niego rzeczy niemożliwych, wszystko dawało się załatwić. Świetny organizator, a jeśli się pojawiały trudności, radził sobie z nimi znakomicie. Pracę traktował jak życiową pasję. Miał jeszcze pasję drugą - sport. Był sędzią sportowym i jeśli coś mogło go oderwać od obowiązków zawodowych, to tylko transmisja z ważnego meczu. A jak znakomicie organizował wycieczki szkolne! Parokrotnie bywał kierownikiem wycieczki moich klas do Warszawy i w góry. Zawsze w stolicy potrafił znaleźć możliwość conajmniej trzykrotnego pójścia do teatru na najlepsze spektakle. Czarujący sposób rozmawiania z kobietami sprawiał, że kasjerki miękły pod wpływem jego wywodów i musiały znaleźć bilety dla wszystkich wycieczkowiczów. Na wycieczki zabierał zawsze "Dziuchu" swoją małżonkę, przesympatyczną panią Wierę, która stawała się troskliwą opiekunką młodzieży. Do dziś pamiętam naszą wyprawę w Beskid Niski i Żywiecki. Nocleg w zimnych i do cna zawilgoconych po deszczach domkach campingowych w schronisku koło Bielska-Białej, a potem cudowny rześki poranek; przed oczami, w dole szeroka panorama miasta. Śniadanie na świeżym powietrzu - długi ciężki stół, otoczony ławami, przy którym zjadaliśmy własne pieczywo z jarosławskiej piekarni z grubymi plastrami konserwowej szynki, również rodzimej produkcji. Tylko herbata była schroniskowa. Pan Kazimierz nauczył nas , że na wycieczki najlepiej jechać z własnym wyżywieniem, bo i taniej to, i smaczniej, nie mówiąc już o zyskaniu na czasie. Dużo, dużo później zadziwił nas pan Dziurgot jeszcze jedną swoją pasją: pisał wiersze i czytywał je głośno w pokoju nauczycielskim, prosząc polonistów o ocenę. Nie były najgorsze! (Stanisława Szim) Śp. Anatol Bagiej - Pani jest z Jarosławia? - pada pytanie na korytarzu rzeszowskiego szpitala. - Ja tam kiedyś chodziłam do szkoły. Szeptem, w kolejce do badania, snuje się opowieść o niezwykłej klasie i niezwykłym wychowawcy - profesorze Anatolu Begieju, nauczycielu chemii. Było to w latach pięćdziesiątych. Klasa ze łzami odbierała świadectwa dojrzałości i żegnała ukochanego wychowawcę. Łzy lśniły też w oczach nauczyciela. Padały słowa o przywiązaniu, wdzięczności, deklarowano wzajemną pamięć. Dziewczęta już dziś zapraszały na swoje wesela. Trudno ustalić ile tych obietnic dotrzymano. Ale na pewno ta jedna spod Rzeszowa, zaprosiła na swoje huczne, wiejskie wesele. Profesor zjawił się z żoną i córkami... kilka dni przed weselem. Zakasał rękawy, ubrał gumowe buty i od świtu do nocy pracował. Nosił stoły, zamiatał, ubijał pianę. To samo robiła jego żona i córki. Nie sprawiał kłopotu, nie budził zażenowania. Okazał się swój dla wszystkich, a jego pomoc nieoceniona. Opowiada o tym Pani w pewnym wieku, z kłopotami ze zdrowiem własnym i rodziny. I znowu te łzy w oczach. A świętej pamięci profesor Anatol Begiej uśmiecha się na chmurce. Do opowiadającej i do słuchającej opowiadania - jednej był wychowawcą, drugiej kolegą. (Halina Pajda) Śp. Włodzimierz Pelc W nieskazitelnie czystej koszuli, z delikatnym zapachem dobrej wody toaletowej wchodził i witał się najpierw z koleżankami, potem z kolegami, na przekór wewnątrzszkolnej zasadzie. Miał przyjemny głos, zawsze ściszony, przechylał w bok głowę, gdy słuchał. Tak utrwalił się jego zewnętrzny obraz. Może jeszcze to, że lubił jeździć samochodem, że nikt nie słyszał Jego podniesionego głosu, że zatrzymywał się przy każdym napotkanym psie i nawiązywał z nim "rozmowę." A w szkole, jako kierownik zajęć praktycznych, wykonywał pracę, często wymagającą ekwilibrystycznych umiejętności, wykonywał ją jakby mimochodem. Po męsku rozprawiał się w zakładach pracy i osiągał to, co korzystne było dla uczniów. Jak to robił, wtedy nikt nie pytał. Wystarczyło zgłosić , poprosić i się zrobiło. Teraz z oddalenia wiadomo, jakie to było trudne i jaki miał autorytet w zakładach pracy prof. Włodek. Był zainteresowany wieloma dziedzinami wiedzy, miał własne zdanie na tematy polityczne i światopoglądowe. Można z Nim było godzinami rozmawiać, szanował ludzi o odmiennych poglądach. Uważał, że różnice zdań są warunkiem koniecznym, by rozmowa była ciekawa. Miał też ogromną wiedzę praktyczną: umiał doradzić /i zrobić!/ np. jak pomalować mieszkanie, wykonać ładny napis, opracować gazetkę... itd., itp. Wszyscy bardzo Go lubili. W wolnych chwilach malował i rzeźbił. Ulubiony temat Jego obrazów i obrazeczków to kwiaty, a rzeźbił świątki, świeczniki /!/ i różne, raczej stare i zmęczone życiem, twarze. Były to jego pasje. Miał wielki talent i wiele oryginalnych pomysłów. Ci, którzy Go znali biorą dziś ze wzruszeniem do ręki Księgę pamiątkową szkoły. Jego piękne pismo, jakiego się już dziś nie stosuje, bo brak czasu, ochoty lub umiejętności, mówi o Włodku wiele. ... Niestety, miał słabe serce. (Barbara Chronowska) Śp. Mieczysław Zabłocki Profesor szkoły średniej - Mieczysław Zabłocki. Nie ma Go już wśród nas, lecz pozostała po Nim pamięć jako o prawym człowieku, dobrym koledze i niezwykle sumiennym nauczycielu. Urodzony w 1929 r. kol. Zabłocki był absolwentem, a następnie jednym z najpierwszych nauczycieli, otworzonego w Jarosławiu po II wojnie światowej Technikum Chemicznego. Na przestrzeni swoich 50-ciu lat istnienia, technikum to kilkakrotnie zmieniało profil nauczania, lecz kol. Zabłocki trwał w nim niezmiennie do końca swego życia, mimo, iż będąc inżynierem po Wyższej Akademii Rolniczej w Krakowie, mógł zmienić zawód i miejsce pracy. Zmarły przed kilku laty kol. Miecio, jak Go wszyscy nazywaliśmy w naszym gronie nauczycielskim, jawi się dziś w naszym wspomnieniu jako okazały, przystojny mężczyzna o łagodnym wyrazie twarzy, spokojnym spojrzeniu i jasnym głosie. Sympatyczny i pogodny, nieraz zabawiał się anegdotami i różnymi opowiastkami. Razem z nami chętnie dzielił tak powagę podniosłych wydarzeń jak i radosny nastrój Dnia Nauczyciela czy Dnia Kobiet, kiedy to wraz z innymi kolegami usługiwał nam, swoim koleżankom, przy okolicznościowej herbatce. Na swoje imieniny podejmował kawą i znakomitym tortem każdego, kto przyszedł do Niego z życzeniami. W pokoju nauczycielskim pojawiał się rzadziej niż my, zajęty w swoim laboratorium. Lubił wypady z kolegami na grzyby i brydża w zimowe wieczory. Wobec koleżanek zachowywał się zawsze taktownie z powściągliwą serdecznością, nacechowaną dyskretnym dystansem. Obok rodziny, którą bardzo kochał, największą jego miłością była chemia. Nauczał jej w sposób bardzo odpowiedzialny. Sumienny i zdyscyplinowany, z żelazną konsekwencją wymagał wiadomości od swoich uczniów. Skrupulatnie obserwował ich postępy podczas ćwiczeń laboratoryjnych, do których przykładał ogromną wagę i które starannie przygotowywał. W wiadomościach uczniów nie śmiało brakować ani jednego ogniwka. Lękał się, by nie stało się to przyczyną jakiegoś groźnego błędu w ich przyszłej pracy na stanowisku laborantów w przemyśle spożywczym. Dbał o bezpieczeństwo swych uczniów w laboratorium, wyposażonym dzięki Jego staraniom we wszystkie potrzebne odczynniki chemiczne i urządzenia. Walczył o swój autorytet i rangę przedmiotu. Dziś wielu Jego uczniów wspomina Go z wdzięcznością. Wielu z nich bowiem dzięki uporowi i wymaganiom swego Profesora, dało chwalebny popis wiedzy z chemii podczas egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie. Wielu pracuje w zawodzie, do którego ich przygotował. Jedna z uczennic prof. Zabłockiego od paru lat jest kierownikiem kilku laboratoriów w jednej z farmaceutycznych firm w Kanadzie. Załamany tragiczną śmiercią swojej żony, podupadł na zdrowiu i zmarł przedwcześnie w 1992r. Żal, że nie ma Go dziś wśród nas. Żal, że nie spotkają się już z Nim Jego uczniowie na pięćdziesięciolecie naszego Technikum i że już nigdy nie rozpocznie rozmowy z nami od swego charakterystycznego - "proszę ciebie" (Wanda Kogut) Śp. Barbara Sowińska Sprzątała pierwsze piętro. Dokładnie dzień w dzień. Z biblioteką włącznie. I tu zaczęła się moja z Nią znajomość. Przystawała oparta na szczotce i opowiadała o swoim trudnym życiu i wspaniałych dzieciach. Ileż pokory wobec życia, skromności i prostej mądrości, połączonej z ogromnym doświadczeniem. Bardzo chciała wykształcić swe zdolne dzieci - córkę i syna. Córka skończyła Akademię Sztuk Pięknych , syn -politechnikę. Zarabiała grosze, więc dorabiała szyciem. Lubiłam bardzo rozmowy z Nią. Nie było w nich biadolenia, podawała tylko fakty. Kiedyś na umywalce w bibliotece zostawiłam pierścionek. Pani Basia sprzątała wieczorem, a rano przybiegła do szkoły, by mi go oddać, bo może martwię się. Do pracy miała po południu. Zachorowała: ból kolana, udana operacja, ale śmierć nastąpiła przy próbie chodzenia w szpitalu. W przeddzień odwiedziłam Ją. Mówiła: "Jak tylko wrócę, pierwsze - umyję okna w bibliotece. No i pogadamy sobie". Kiedyś dokończymy tę rozmowę Pani Basiu!... (Halina Pajda) Śp. Anna Bajorska Na każdych wakacjach wyjeżdżała w teren ..... ten polski i zagraniczny. Pod koniec każdej wycieczki Nasza etatowa "Pani Kierowniczka Wycieczki" miała już wstępny plan na następną eskapadę. Zawsze energiczna i pełna zapału, która nie używała słów wymijających i pasywnych jak "może", "chyba", "prawdopodobnie". Odkąd ją pamiętam zawsze była albo na mocne i zdecydowane "TAK" albo takie same "NIE". Zawsze mówiła to co myślała i może dzięki temu niektóre sytuacje w szkole nabierały tempa. Była jedną z pierwszych osób w szkole jaką zacząłem darzyć przyjaźnią. Moja znajomość z Panią Anią rozpoczęła się na wycieczce gdzie Pani Kierowniczka umiejętnie zaaklimatyzowała mnie w szkolnym gronie. Wiadomo od dawna, że nauczyciele to najgorsza klasa w szkole i bardzo trudno opanować "taką" klasę. Ania robiła to jak trener klasy mistrzowskiej z gwizdkiem i na tempo. Tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzą ile wysiłku wkładała w planowanie każdej wycieczki. Nawet obsada miejsc siedzących w autobusie to mistrzowsko rozwiązana roszada dzięki której każda część autobusu miała swój specyficzny klimat. Na wakacjach wybrała się na swoją ostatnią wycieczkę ... ale już bez nas. Zachorowała nagle ........ ..... i odeszła po cichu. (Robert Porczak) Śp. Karol Przepłata (Wspomnienie o długoletnim starszym woźnym szkoły) Panie Karolu! Panie Karolu! Tak słychać było w tej szkole codziennie przez długie lata. Obowiązki woźnego, które pełnił często połączone były z pracą konserwatora, murarza, stolarza, malarza. Życie Go nie oszczędzało - wojna, zesłanie na roboty przymusowe do Niemiec, obóz koncentracyjny, nieraz mi o tym opowiadał, a nawet przynosił fotografie. Całe swoje życie oddał ciężkiej pracy, twierdząc że ona go przy życiu trzyma. Mieszkając z Rodziną w szkole - był na posterunku przez 24 godziny. Zawsze uśmiechnięty, nigdy nie mówił nie zrobię, nie dam rady, nie mogę. Odszedł.... ale pozostawił swoje dobre uczynki, których my nigdy nie zapomnimy. (Teresa Fic) Śp. Maria Bajda (1952 - 2012) "Nigdy nie ma dobrego momentu na pożegnanie bliskich, ale zawsze jest dobry czas, żeby otulić ich myślami." Jest kolejny dzień września 2012 roku. Kilka dni temu rozpoczął się nowy rok szkolny. Wszystko było jak zawsze o tej porze, a jednak inaczej – wśród naszego szkolnego grona zabrakło osoby, która co roku od 36 lat rozpoczynała we wrześniu pracę w tych murach. Nie ma już wśród nas śp. mgr Marii Bajdy. Ona ten nowy rok szkolny rozpoczęła już w niebiańskiej szkole. Ś.p. Maria Bajda urodziła się w Wałbrzychu, ale całe swoje życie spędziła w Jarosławiu. W 1967 roku ukończyła tutejszą Szkołę Podstawową nr 5, a następnie przez cztery lata uczyła się w Liceum Ogólnokształcącym. Jej powołaniem była praca z młodzieżą, dlatego po zdaniu matury podjęła dalsze kształcenie na uczelni pedagogicznej. We wrześniu 1976 r. ukończyła Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Rzeszowie, zdobywając kwalifikacje do nauczania chemii i fizyki. W tym samym miesiącu rozpoczęła pracę w Zespole Szkół Spożywczych – taką nazwę nosiła wówczas nasza szkoła. Przez 20 lat śp. Maria Bajda oprócz pracy dydaktycznej, sprawowała w naszej szkole funkcję Kierownika Szkolenia Praktycznego, którą pełniła z ogromną odpowiedzialnością dosłownie do ostatnich dni swojego życia. Jej praca i zaangażowanie w życie szkoły i środowiska było zauważane przez zwierzchników. w 1996 r. otrzymała nagrodę Kuratora Oświaty, w 2007 r. nagrodę Starosty Powiatu, a dyrektorzy szkoły ośmiokrotnie wręczali jej nagrody, dziękując za pracę na rzecz naszej szkoły. W 2007 r. na wniosek dyrektora szkoły, został jej przyznany przez władze państwowe Brązowy Krzyż Zasługi. W swoim pierwszym angażu śp. Maria Bajda ma napisane – „zatrudniona do odwołania” – pozostała wierna swojej szkole do ostatnich dni życia, a odwołał ją dopiero sam Bóg, wzywając do siebie po przepracowaniu w tej szkole 36 lat. W całym tym okresie była zaledwie na 8 dniach zwolnienia chorobowego. Wszyscy pracownicy szkoły spotykali się z jej matczynym ciepłem, zrozumieniem i pomocą. Gdy trzeba było komuś rzeczywiście pomóc, nie liczyła się ze swoim czasem, zdrowiem i niejednokrotnie finansami. Nie było dla niej rzeczy „niemożliwych” do zrealizowania. Zawsze pozytywnie nastawiona. Pamiętamy jej słowa odpowiedzi ”damy radę” na nasze rozterki czy obawy dotyczące jakiegoś problemu. Żadne nasze słowa nie są w stanie ująć i przekazać ludzkiej świadomości tego, jak ogromną ilość dobra Marysia dla nas uczyniła. Koleżanki i koledzy z pracy oraz cała społeczność uczniowska pozostaną jej wdzięczni, że była z nimi przez tyle lat i za to wszystko, co dla nich zrobiła. Praca dla młodzieży sprawiała jej największą radość. Uczniom była zawsze gotowa bezinteresownie poświęcić nieograniczoną ilość czasu zarówno w szkole, jak i w domu. Zawsze mówiła, że to społeczność szkolna jest naprawdę jej rodziną. W naszym odczuciu, Pan Bóg obdarzył ją łaską godnej, dostojnej i spokojnej śmierci po pomyślnym załatwieniu swoich ziemskich spraw. My mieliśmy zaszczyt być z Marysią w ostatnich chwilach jej życia. Wszystko, co swoim życiem nam Marysia przekazała, na pewno zostanie w naszej pamięci i w sercach. Całe dobro, które czyniła, na pewno będzie przynosiło owoce przez wiele lat dla każdego z nas i dla nas wszystkich razem. Tę miłość, którą miała dla naszej szkolnej rodziny, będziemy w sobie zgodnie z jej marzeniem pielęgnować i rozwijać. Wierzymy, że będzie nas w tych działaniach wspierać i w dalszym ciągu nam pomagać. (Jolanta Szyler, Lidia Sobczyńska, Władysław Płoszaj) Śp. Teresa Gilicińska - Pelc Gilicińska po rodzicach, Pelc po mężu, który także w tej szkole pracował. Teresa Gilicińska – Pelc – wychowanie fizyczne, Włodzimierz Pelc – nauczyciel przedmiotów zawodowych. Ogień i woda, krytycyzm i tolerancyjność, gwałtowność i pragmatyzm. Pierwszy element tych antynomii to Teresa. Tak ją widziałam na początku naszej znajomości w 1975 roku, Ona była mocno osadzonym, ja początkującym nauczycielem tej szkoły. Bałam się Jej ciętego języka, złośliwostek, inteligentnych, bywało że dosadnych uwag. Ludzi dzieliła na możliwych i niemożliwych do zaakceptowania, chciałam wskoczyć do pierwszych. Z czasem wiele się zmieniło, z czasem okazała się bardziej przystępna niż sądziłam, z czasem dostrzegałyśmy siebie bez zastrzeżeń i obostrzeń, z czasem stałyśmy się sobie bliskie w kilkuosobowym kręgu. Bliskie, potrzebne, nieodzowne od święta (imieniny, urodziny, Sylwester) i na co dzień (rada, pomysł, przepis, kawa, karty). To nie stało się na pstryk, dojrzewało latami, nabierało sensu i trwałości, przeniosło się na lata emerytury. Odwiedzałyśmy się, spotykałyśmy w kawiarni, cieszyły i martwiły zdarzeniami w naszych rodzinach, plotkowały. Teresa była nauczycielką lubianą przez młodzież. Poruszała się po szkole zawsze w asyście dwóch, trzech osób, Ona z pozornie groźną miną, one na hałaśliwym uśmiechu. Miała oko na talenty sportowe i dar przekonywania, że warto je rozwijać, stąd wiele imprez sportowych, wyjazdów, sukcesów, pochwał dla szkoły.Wiem, że z wieloma uczennicami przyjaźniła się do ostatnich dni, że chętnie wpadały na Tatarską na godzinę zwierzeń przy kawie. Jaka była naprawdę? Wrażliwa, oczytana, zorientowana politycznie i towarzysko, wierna w przyjaźni, dowcipna, głęboko przeżywająca, pozornie szorstka. Kochała zwierzęta i drzewa, uczniów i znajomych uczyła tej miłości. Wiem, że o zmierzchu nad wodą jaskółki gromadnie polują na muszki. Wiem, bo oglądałam z Nią te spektakle nad zalewem w Horyńcu. Przymykam oczy i tęsknię za Teresą. (Halina Pajda) Śp. Mieczysław Klimczak Pan Profesor Mieczysław Klimczak pracował w naszej szkole od 1964 do 1993 roku. W latach 1969-1981 pełnił obowiązki zastępcy dyrektora. Za zasługi dla oświaty był wielokrotnie nagradzany m.in.: Złotym Krzyżem Zasługi, Odznaką Zasłużonego Pracownika Przemysłu Spożywczego i Skupu, Odznaczeniem „Zasłużony dla województwa przemyskiego”, Nagrodą Ministra Oświaty i Wychowania II stopnia, Nagrodą Ministra Oświaty i Wychowania III stopnia. Ten człowiek wysokiej kultury, życzliwy, przyjazny, żywo zainteresowany wszystkimi przejawami życia młodzieży, kłopotami i radościami koleżanek i kolegów - zyskał szacunek i uznanie. Dla wszystkich był wzorem pracowitości, dobroci, szlachetności. Jako matematyk był bardzo wymagający, ale równocześnie rozumiejący uczniów umiarkowanie zainteresowanych w tym zakresie. Ze wspomnień nauczycieli wynika, że wiele zawdzięczali mu nauczyciele przedmiotów humanistycznych, bo wraz z nimi technikum stojące przedmiotami ścisłymi - przemienił w szkołę młodzieży kochającej poezję, muzykę, teatr. Pan Mieczysław wspierał wyjazdy do teatru i programy artystyczne oparte na motywach patriotycznych, przeżywał piękno słowa poetyckiego, wzruszał się muzyką. Cieszył się sukcesami uczniów zdobywających wysokie miejsca w konkursach, festiwalach międzyszkolnych czy w popisach krasomówczych. Jego pracowite, uczciwe i piękne życie, można określić jako spełnioną baśń z mądrym przesłaniem. (Na podstawie wspomnień Pani Stanisławy Szim i Pani Haliny Pajdy - opracowała Dorota Wierzbińska-Dubaj) Śp. Władysława Mazur Była moją wychowawczynią i nauczycielką chemii w latach 1986-1990. Z pierwszego spotkania pozostało w pamięci miłe wrażenie: jaka ładna, jaka elegancka, jaka sympatyczna. Stworzyła w klasie atmosferę zaufania pozbawioną lęku przed nauczycielami (może jednak nie przed każdym - jeśli się miało nieuleczalną awersję do któregoś przedmiotu). Siedziałam w pierwszej ławce, zapisywałam symbole i reakcje i niepostrzeżenie polubiłam chemię. Zadziałało. Łagodny głos, przystępne tłumaczenie i pytanie „Kto czegoś nie zrozumiał”. Pani Profesor uczyła też umiaru. Zwracała uwagę na długie kolczyki, zbyt krótkie bluzki czy spodnie, na pstrokaciznę - ani słowa, mówiła spojrzeniem.. Umiar obowiązywał też w słownictwie, głośności w relacjach koleżeńskich -„Kobieta ma być delikatna”. Czego nie udało się mamom, osiągała nasza wychowawczyni. Przed maturą wzajemne zaufanie na linii wychowawca-uczeń osiągnęło stopień prawie idealny. Jeszcze jeden epizod, znacznie późniejszy, zapadł mi w pamięci. W 2008r. Szkoła uroczyście świętowała sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Spotkanie w klasach z nauczycielami i zjawia się nasza „Władzia”. Jak zawsze elegancka i uśmiechnięta, trochę zmarszczek, piękna siwizna, ten sam łagodny głos, nawet kolor szminki na ustach ten sam. Stanęłyśmy ramię w ramię - Ona emerytowany i ja czynny nauczyciel tej szkoły, aby wspólnie poprowadzić spotkanie po latach. Wspomnienia, wspomnienia, wzruszenia i uśmiechy. Było to ostatnie, kto by się spodziewał, spotkanie z naszą dobrą i mądrą nauczycielką, padł nawet cytat z wiersza księdza Twardowskiego, „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, bo mądry, choć zbyt często odkładamy jego przesłanie na „potem”. (Wanda Mazurek)
>>> Serwis mobilny ZSSChiO <<<
Edycja 5/2019
ZSSChiO w Jarosławiu
Wspomnienia o naszych byłych pracownikach

WSPOMINKI

ŚP. Ryszard Białas Odszedł w czasie wakacji 1981 roku z marszu; jeszcze dziś podlewał kwiaty w pracowni mikrobiologicznej jutro - rozeszła się wiadomość o Jego śmierci. Tak bardzo był w tej szkole że jakaś pustka po nim trwa do dziś dla tych, którzy Go znali. Jego głos rozlegał się po korytarzach, w klasie, w pokoju nauczycielskim. Wchodził mówiąc, wychodził mówiąc, rozmawiał po drodze i gdy przystawał. Miał resztki siwych włosów, młodą twarz i bystre oczy. Zimą na rajdzie popisywał się chodzeniem boso po śniegu. Ileż tych rajdów było! Ileż wycieczek! Wyprawa z Nim zawsze była ciekawa, pogłębiona wiedzą o trasie, zabytkach, historii, geografii, przyrodzie. I śpiewało się, śpiewało a profesor Białas przygrywał na "bałałajce" jak zwykł był nazywać mandolinę. Wiele razy rozlegała się melodia "Upływa szybko życie . . . za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas" bez uświadamiania sobie treści słów. Bo przy Nim i z Nim wszystko intensywniało, nabierało życia, rumieńców, wigoru, radości, blasku... Mówił Rarogu lub Rybeńko - do uczennic, uczniów, koleżanek, do żony i dyrektora. "Bando, bando bez ciebie smutno i źle". Był niezwykły, wspaniały miał głęboką wiedzę i oddany był bez reszty młodzieży, ale bez tej nuty poświęcenia się i heroizmu. Sam czerpał z tego radość i siły. Nikt nie przypuszczał, że miał tych sił niewiele. Profesor Ryszard Białas - wspaniały nauczyciel mikrobiologii. [ Halina Pajda ] Śp. Feliksa Lityńska Jaką ją zapamiętaliśmy? Wysoka, szczupła, zawsze, no prawie zawsze opanowana i elegancko uczesana. Spod ciemnych włosów /w pierwszych latach naszej z nią znajomości/ przebijały nieśmiało srebrne nici. Zastanawialiśmy się, czy to niedoskonałość w poprawianiu natury, czy celowy zabieg, by przyzwyczaić się do myśli, że jednak czas szybko mija. Pani Profesor Feliksa Lityńska. Nauczycielka historii, wychowania obywatelskiego i wychowawczyni. Powagą i stoickim spokojem budziła w nas respekt. Wymagała dużo od nas, ale jeszcze więcej od siebie. Nawet dziś niektórzy z nas na dźwięk nazwiska Pani Profesor i słowa historia, czują dreszczyk emocji. Po latach wiemy jak trudno było w tamtym czasie uczyć tego przedmiotu, jakich wybiegów używać trzeba było by przemycić cząstkę dziejów prawdziwych. I jaką mieć odwagę. Tych przymiotów Pani Lityńskiej nie brakowało. Była też wspaniałą wychowawczynią. Wkrótce zrozumieliśmy, że pod maską powagi kryje się wrażliwość, ciepło i wielkie serce. Zawsze znajdowała dla nas czas, wspomagała dobrym słowem , pocieszała. Dystans, który zazwyczaj dzieli ławkę uczniowską od katedry nauczycielskiej, malał z każdym miesiącem. Profesorka stała się prędko "swoim człowiekiem". Czy więc coś nas dzieliło? No, na pewno! Pani Fela paliła wówczas namiętnie "Zefiry", a my tylko "Klubowe". Na tym tle dochodziło czasem do drobnych nieporozumień /Profesorka nie chciała, niestety, uznać w tym względzie równych praw i niejednokrotnie o skutkach zgubnego nałogu dowiadywali się rodzice/. W takich jak dzisiejsza chwilach, wspominamy naszych Profesorów i wychowawców. Kim pozostała dla nas Pani Profesor Feliksa Lityńska? Na pewno prawym człowiekiem, który starał się przekazać nam swą wiedzę i te prawdy o świecie, które gwarantowałyby nam bezkonfliktowy, łagodny start w dorosłe życie. Jestem przekonany, że osiągnęła cel. A dowód? Pewnie te leżące już świeże kwiaty na Jej grobie! (Jacek Stańda) Śp. Pan Dyrektor Jan Majkut Dyrektora Jana Majkuta pamiętają zapewne najstarsi nauczyciele i absolwenci z lat sześćdziesiątych. Wcześniej był moim nauczycielem przysposobienia obronnego w LO w Jarosławiu. Później, jako dyrektor przyjmował mnie do pracy w naszej szkole. Dzięki Mu za to, bo tu znalazłam życzliwą atmosferę, grono przyjaciół, wspaniałą młodzież. Starczyło tego dobrego aż na 30 lat. Dyrektor Majkut był urodzonym nieprzeciętnym pedagogiem: kochał młodzież, winowajców strofował po ojcowsku. Podobnie traktował nauczycieli. Cechował się prawością charakteru, nie znosił konfliktów. Szczery, otwarty, zyskał sympatię i szacunek otoczenia. (Stanisława Szim) Śp. Jadwiga Iwańska W internacie przez wiele lat sprawowała swe rządy "żelazna dama", pani Jadwiga Iwańska później wdowa po kapitanie wojska polskiego. Wytworna Pani uczyła dobrych manier wg zasad przedwojennej pedagogiki i trzymała w szponach wszystkich swych wychowanków. Przypominam sobie pewien epizod związany z nietypowym nazwiskiem przybyłego z wybrzeża nowego ucznia. Gdy chłopiec się przedstawił, krzyknęła oburzona "Czy ty kpisz sobie ze mnie smarkaczu jeden?" Młodzieniec /z V klasy technikum/ wyjął jakąś legitymację i ze stoickim spokojem okazał ją kierowniczce internatu. Speszona nieco i zawstydzona przeprosiła posiadacza niefortunnego nazwiska. Pani Iwańska wglądała w każdy szczegół życia internackiego. W jadalni panował idealny porządek, stoliki, serwety, naczynia lśniły czystością. Młodzież uczyła się sprawnego posługiwania się sztućcami. Na posiłki uczniowie przychodzili wyznaczonymi grupami, jak w wojsku. Być może, taka dyscyplina wydawała się zbyt surowa, ale na pewno spod ręki Pani Iwańskiej wychodzili młodzi ludzie, znający podstawy savoir - vivre. W surową atmosferę internackiego życia wiele ciepła i serca wniosła intendentka, Pani Stefania Kapecka oraz wychowawczyni, a później wieloletnia następczyni Pani Iwańskiej, Maria Ostrowicz. (Stanisława Szim) ŚP. Władysław Czarny (Dyrektor w latach 1956 - 1967) "Ja chłop z Pawłosiowa, trzecia chałupa z kraja". Tak żartobliwie przedstawiał się dyrektor Władysław Czarny. Inne Jego powiedzonka do dziś zachowały się w pamięci, jak choćby to: "Ja na wygląd nie choruję", gdy ktoś pod koniec Jego życia dowodził, że przecież świetnie wygląda. Ciężka choroba zmogła potem tego potężnego, zawsze w nienagannym garniturze i krawacie, mężczyznę, który lubił wokół siebie ład i porządek i tego od innych wymagał. Widywano Go codziennie raniutko, gdy jako troskliwy mąż i ojciec chodził do sklepu po mleko i bułki. Sam lubił proste potrawy, a na uroczystych przyjęciach dopominał się o pierogi. Gdy zakupił pralkę automatyczną /a była to w owym czasie rewelacja/ ponoć z wielkim upodobaniem wkładał do bębna wszystko, co popadło, nie zostawiając w domu suchej szmatki /wg relacji córki Miki!/. W dziejach naszej szkoły odegrał wyjątkową rolę jako znakomity gospodarz, ekonomista człowiek mający rozliczne koneksje, bez których w owym czasie trudno byłoby coś pożytecznego zrobić. Sam uczył przedmiotów zawodowych, ale jak mało kto doceniał rangę humanistyki w szkole technicznej. Poloniści i historycy mieli więc wolną rękę w organizowaniu imprez szkolnych /dyrektor przykładał wagę do ceremoniału podczas tych uroczystości/, konkursów, wycieczek polonistycznych i naukowo-turystycznych. Były więc wycieczki, stałe wyjazdy do teatru rzeszowskiego, spotkania w szkole z aktorami, recytatorami i poetami. Wspaniałe wrażenie pozostawił np. występ Ireny Jun w ramach Teatru Jednego Aktora, czy spotkanie z poetą Tadeuszem Śliwiakiem. Pewnie dzięki życzliwej dla humanistów atmosferze szkoły doczekaliśmy się nie tylko zastępu młodych chemików, techników i inżynierów przemysłu spożywczego, ale i sporej grupy polonistów, historyków, prawników /jest nawet aktorka!/ wśród absolwentów naszego technikum. Za panowania dyr. Czarnego studiowali wszyscy, którzy tylko mieli na to ochotę, uzupełniali wykształcenie, kończyli studia podyplomowe, uczestniczyli w kursach i sesjach naukowych. Nigdy nie zgłaszał sprzeciwu, nie mnożył przeszkód, zachęcał. Zadbał o nowe kierunki kształcenia, o powiększenie bazy lokalowej, o nowe miejsca do nauki i gimnastyki, życia w internacie, dyplomatycznie omijając biurokratyczne rafy i zakazy. Postarał się o otwarcie filii UMCS, co pozwoliło wielu jarosławianom na ukończenie studiów. Przerabiał, remontował, budował, by szkoła godna była imienia Marii Curie - Skłodowskiej. Dyrektor Czarny mógł z takim rozmachem prowadzić swoją działalność, mając obok siebie dwóch oddanych wicedyrektorów: mgr Mieczysława Klimczaka /filar szkoły w zakresie spraw pedagogicznych przez wiele lat/ oraz mgr Józefa Kałkuna. Bohater tych wspomnień nie był jednak wolny od ludzkich i dyrektorskich słabostek: zawsze musiał mieć rację. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy ośmieliłam się dość ostro przy jakiejś wymianie zdań powiedzieć, że pan dyrektor nie ma racji. Obraził się na mnie śmiertelnie i musiałam iść do gabinetu starszego pana na przeprosiny - z kwiatkiem. Kwiaty zresztą bardzo lubił, pełno ich było w jego otoczeniu. Ja w swoim mniemaniu uosobienie łagodności /z wyłączeniem awantur wszczynanych wobec ukochanych koleżanek i kolegów palaczy papierosów/ zyskałam u dyrektora Czarnego niezbyt pochlebne miano "Kuby Rozpruwacza". Rzekomo maltretowałam biednych maturzystów, dobierając się im do skóry! Niechże mi dziś po latach wspaniałomyślnie wybaczą i oni i nasz dyrektor. Na koniec z pozycji polonistki - emerytki muszę uczynić sentymentalne wyznanie: kocham moją szkołę i serdecznie wspominam tych wszystkich, którzy ją przez całe lata wypełniali swą fizyczną i duchową obecnością. Tym, którzy pracują i uczą się w mojej szkole, życzę wielu szczęśliwych dni. (Stanisława Szim) Śp. Henryk Dębicki Palił w piecu, ale poza tym naprawiał co się zepsuło: cieknący kran, źle funkcjonującą spłuczkę. Złota rączka, choć zawsze zabrudzona to węglem, to smarem. Trochę zacinał się. "Dziadek" wśród młodszych palaczy, był lubiany - pomógł, zastąpił, lubił dowcipkować... Cicho przemykał podwórkiem lub korytarzem. Mówił "zrobi się" lub "dobra" , gdy słyszał "Panie Henio to, panie Henio - tamto"... W tej szkole pracował wiele lat. Odszedł na emeryturę, a w miesiąc później odszedł na zawsze... jaka szkoda, że nie wypoczął... Śp. Kazimierz Dziurgot Pan Kazimierz Dziurgot to postać niezwykle barwna. Pochodząc z Kresów Wschodnich, zachował serce i duszę Wschodniaka: bezpośredniość, serdeczność, gościnność, elegancję obejścia i stroju, szarmancką grzeczność wobec pań. Ten wesoły dowcipny pan, stawał się od razu duszą towarzystwa, gdziekolwiek się znalazł. Młodzież, którą kochał, znajdowała w nim życzliwego powiernika i opiekuna. Uczył przedmiotów związanych z dziedziną piekarstwa, znał wszystkie składniki tej "wiedzy tajemnej". Rozdawał przepisy na prawo i lewo, choć żartobliwie mówiło się, że coś tam pominął i wypiek się nie udał. Jego niesłychana przedsiębiorczość sprawiła, że nie było dla niego rzeczy niemożliwych, wszystko dawało się załatwić. Świetny organizator, a jeśli się pojawiały trudności, radził sobie z nimi znakomicie. Pracę traktował jak życiową pasję. Miał jeszcze pasję drugą - sport. Był sędzią sportowym i jeśli coś mogło go oderwać od obowiązków zawodowych, to tylko transmisja z ważnego meczu. A jak znakomicie organizował wycieczki szkolne! Parokrotnie bywał kierownikiem wycieczki moich klas do Warszawy i w góry. Zawsze w stolicy potrafił znaleźć możliwość conajmniej trzykrotnego pójścia do teatru na najlepsze spektakle. Czarujący sposób rozmawiania z kobietami sprawiał, że kasjerki miękły pod wpływem jego wywodów i musiały znaleźć bilety dla wszystkich wycieczkowiczów. Na wycieczki zabierał zawsze "Dziuchu" swoją małżonkę, przesympatyczną panią Wierę, która stawała się troskliwą opiekunką młodzieży. Do dziś pamiętam naszą wyprawę w Beskid Niski i Żywiecki. Nocleg w zimnych i do cna zawilgoconych po deszczach domkach campingowych w schronisku koło Bielska-Białej, a potem cudowny rześki poranek; przed oczami, w dole szeroka panorama miasta. Śniadanie na świeżym powietrzu - długi ciężki stół, otoczony ławami, przy którym zjadaliśmy własne pieczywo z jarosławskiej piekarni z grubymi plastrami konserwowej szynki, również rodzimej produkcji. Tylko herbata była schroniskowa. Pan Kazimierz nauczył nas , że na wycieczki najlepiej jechać z własnym wyżywieniem, bo i taniej to, i smaczniej, nie mówiąc już o zyskaniu na czasie. Dużo, dużo później zadziwił nas pan Dziurgot jeszcze jedną swoją pasją: pisał wiersze i czytywał je głośno w pokoju nauczycielskim, prosząc polonistów o ocenę. Nie były najgorsze! (Stanisława Szim) Śp. Anatol Bagiej - Pani jest z Jarosławia? - pada pytanie na korytarzu rzeszowskiego szpitala. - Ja tam kiedyś chodziłam do szkoły. Szeptem, w kolejce do badania, snuje się opowieść o niezwykłej klasie i niezwykłym wychowawcy - profesorze Anatolu Begieju, nauczycielu chemii. Było to w latach pięćdziesiątych. Klasa ze łzami odbierała świadectwa dojrzałości i żegnała ukochanego wychowawcę. Łzy lśniły też w oczach nauczyciela. Padały słowa o przywiązaniu, wdzięczności, deklarowano wzajemną pamięć. Dziewczęta już dziś zapraszały na swoje wesela. Trudno ustalić ile tych obietnic dotrzymano. Ale na pewno ta jedna spod Rzeszowa, zaprosiła na swoje huczne, wiejskie wesele. Profesor zjawił się z żoną i córkami... kilka dni przed weselem. Zakasał rękawy, ubrał gumowe buty i od świtu do nocy pracował. Nosił stoły, zamiatał, ubijał pianę. To samo robiła jego żona i córki. Nie sprawiał kłopotu, nie budził zażenowania. Okazał się swój dla wszystkich, a jego pomoc nieoceniona. Opowiada o tym Pani w pewnym wieku, z kłopotami ze zdrowiem własnym i rodziny. I znowu te łzy w oczach. A świętej pamięci profesor Anatol Begiej uśmiecha się na chmurce. Do opowiadającej i do słuchającej opowiadania - jednej był wychowawcą, drugiej kolegą. (Halina Pajda) Śp. Włodzimierz Pelc W nieskazitelnie czystej koszuli, z delikatnym zapachem dobrej wody toaletowej wchodził i witał się najpierw z koleżankami, potem z kolegami, na przekór wewnątrzszkolnej zasadzie. Miał przyjemny głos, zawsze ściszony, przechylał w bok głowę, gdy słuchał. Tak utrwalił się jego zewnętrzny obraz. Może jeszcze to, że lubił jeździć samochodem, że nikt nie słyszał Jego podniesionego głosu, że zatrzymywał się przy każdym napotkanym psie i nawiązywał z nim "rozmowę." A w szkole, jako kierownik zajęć praktycznych, wykonywał pracę, często wymagającą ekwilibrystycznych umiejętności, wykonywał ją jakby mimochodem. Po męsku rozprawiał się w zakładach pracy i osiągał to, co korzystne było dla uczniów. Jak to robił, wtedy nikt nie pytał. Wystarczyło zgłosić , poprosić i się zrobiło. Teraz z oddalenia wiadomo, jakie to było trudne i jaki miał autorytet w zakładach pracy prof. Włodek. Był zainteresowany wieloma dziedzinami wiedzy, miał własne zdanie na tematy polityczne i światopoglądowe. Można z Nim było godzinami rozmawiać, szanował ludzi o odmiennych poglądach. Uważał, że różnice zdań są warunkiem koniecznym, by rozmowa była ciekawa. Miał też ogromną wiedzę praktyczną: umiał doradzić /i zrobić!/ np. jak pomalować mieszkanie, wykonać ładny napis, opracować gazetkę... itd., itp. Wszyscy bardzo Go lubili. W wolnych chwilach malował i rzeźbił. Ulubiony temat Jego obrazów i obrazeczków to kwiaty, a rzeźbił świątki, świeczniki /!/ i różne, raczej stare i zmęczone życiem, twarze. Były to jego pasje. Miał wielki talent i wiele oryginalnych pomysłów. Ci, którzy Go znali biorą dziś ze wzruszeniem do ręki Księgę pamiątkową szkoły. Jego piękne pismo, jakiego się już dziś nie stosuje, bo brak czasu, ochoty lub umiejętności, mówi o Włodku wiele. ... Niestety, miał słabe serce. (Barbara Chronowska) Śp. Mieczysław Zabłocki Profesor szkoły średniej - Mieczysław Zabłocki. Nie ma Go już wśród nas, lecz pozostała po Nim pamięć jako o prawym człowieku, dobrym koledze i niezwykle sumiennym nauczycielu. Urodzony w 1929 r. kol. Zabłocki był absolwentem, a następnie jednym z najpierwszych nauczycieli, otworzonego w Jarosławiu po II wojnie światowej Technikum Chemicznego. Na przestrzeni swoich 50-ciu lat istnienia, technikum to kilkakrotnie zmieniało profil nauczania, lecz kol. Zabłocki trwał w nim niezmiennie do końca swego życia, mimo, iż będąc inżynierem po Wyższej Akademii Rolniczej w Krakowie, mógł zmienić zawód i miejsce pracy. Zmarły przed kilku laty kol. Miecio, jak Go wszyscy nazywaliśmy w naszym gronie nauczycielskim, jawi się dziś w naszym wspomnieniu jako okazały, przystojny mężczyzna o łagodnym wyrazie twarzy, spokojnym spojrzeniu i jasnym głosie. Sympatyczny i pogodny, nieraz zabawiał się anegdotami i różnymi opowiastkami. Razem z nami chętnie dzielił tak powagę podniosłych wydarzeń jak i radosny nastrój Dnia Nauczyciela czy Dnia Kobiet, kiedy to wraz z innymi kolegami usługiwał nam, swoim koleżankom, przy okolicznościowej herbatce. Na swoje imieniny podejmował kawą i znakomitym tortem każdego, kto przyszedł do Niego z życzeniami. W pokoju nauczycielskim pojawiał się rzadziej niż my, zajęty w swoim laboratorium. Lubił wypady z kolegami na grzyby i brydża w zimowe wieczory. Wobec koleżanek zachowywał się zawsze taktownie z powściągliwą serdecznością, nacechowaną dyskretnym dystansem. Obok rodziny, którą bardzo kochał, największą jego miłością była chemia. Nauczał jej w sposób bardzo odpowiedzialny. Sumienny i zdyscyplinowany, z żelazną konsekwencją wymagał wiadomości od swoich uczniów. Skrupulatnie obserwował ich postępy podczas ćwiczeń laboratoryjnych, do których przykładał ogromną wagę i które starannie przygotowywał. W wiadomościach uczniów nie śmiało brakować ani jednego ogniwka. Lękał się, by nie stało się to przyczyną jakiegoś groźnego błędu w ich przyszłej pracy na stanowisku laborantów w przemyśle spożywczym. Dbał o bezpieczeństwo swych uczniów w laboratorium, wyposażonym dzięki Jego staraniom we wszystkie potrzebne odczynniki chemiczne i urządzenia. Walczył o swój autorytet i rangę przedmiotu. Dziś wielu Jego uczniów wspomina Go z wdzięcznością. Wielu z nich bowiem dzięki uporowi i wymaganiom swego Profesora, dało chwalebny popis wiedzy z chemii podczas egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie. Wielu pracuje w zawodzie, do którego ich przygotował. Jedna z uczennic prof. Zabłockiego od paru lat jest kierownikiem kilku laboratoriów w jednej z farmaceutycznych firm w Kanadzie. Załamany tragiczną śmiercią swojej żony, podupadł na zdrowiu i zmarł przedwcześnie w 1992r. Żal, że nie ma Go dziś wśród nas. Żal, że nie spotkają się już z Nim Jego uczniowie na pięćdziesięciolecie naszego Technikum i że już nigdy nie rozpocznie rozmowy z nami od swego charakterystycznego - "proszę ciebie" (Wanda Kogut) Śp. Barbara Sowińska Sprzątała pierwsze piętro. Dokładnie dzień w dzień. Z biblioteką włącznie. I tu zaczęła się moja z Nią znajomość. Przystawała oparta na szczotce i opowiadała o swoim trudnym życiu i wspaniałych dzieciach. Ileż pokory wobec życia, skromności i prostej mądrości, połączonej z ogromnym doświadczeniem. Bardzo chciała wykształcić swe zdolne dzieci - córkę i syna. Córka skończyła Akademię Sztuk Pięknych , syn -politechnikę. Zarabiała grosze, więc dorabiała szyciem. Lubiłam bardzo rozmowy z Nią. Nie było w nich biadolenia, podawała tylko fakty. Kiedyś na umywalce w bibliotece zostawiłam pierścionek. Pani Basia sprzątała wieczorem, a rano przybiegła do szkoły, by mi go oddać, bo może martwię się. Do pracy miała po południu. Zachorowała: ból kolana, udana operacja, ale śmierć nastąpiła przy próbie chodzenia w szpitalu. W przeddzień odwiedziłam Ją. Mówiła: "Jak tylko wrócę, pierwsze - umyję okna w bibliotece. No i pogadamy sobie". Kiedyś dokończymy tę rozmowę Pani Basiu!... (Halina Pajda) Śp. Anna Bajorska Na każdych wakacjach wyjeżdżała w teren ..... ten polski i zagraniczny. Pod koniec każdej wycieczki Nasza etatowa "Pani Kierowniczka Wycieczki" miała już wstępny plan na następną eskapadę. Zawsze energiczna i pełna zapału, która nie używała słów wymijających i pasywnych jak "może", "chyba", "prawdopodobnie". Odkąd ją pamiętam zawsze była albo na mocne i zdecydowane "TAK" albo takie same "NIE". Zawsze mówiła to co myślała i może dzięki temu niektóre sytuacje w szkole nabierały tempa. Była jedną z pierwszych osób w szkole jaką zacząłem darzyć przyjaźnią. Moja znajomość z Panią Anią rozpoczęła się na wycieczce gdzie Pani Kierowniczka umiejętnie zaaklimatyzowała mnie w szkolnym gronie. Wiadomo od dawna, że nauczyciele to najgorsza klasa w szkole i bardzo trudno opanować "taką" klasę. Ania robiła to jak trener klasy mistrzowskiej z gwizdkiem i na tempo. Tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzą ile wysiłku wkładała w planowanie każdej wycieczki. Nawet obsada miejsc siedzących w autobusie to mistrzowsko rozwiązana roszada dzięki której każda część autobusu miała swój specyficzny klimat. Na wakacjach wybrała się na swoją ostatnią wycieczkę ... ale już bez nas. Zachorowała nagle ........ ..... i odeszła po cichu. (Robert Porczak) Śp. Karol Przepłata (Wspomnienie o długoletnim starszym woźnym szkoły) Panie Karolu! Panie Karolu! Tak słychać było w tej szkole codziennie przez długie lata. Obowiązki woźnego, które pełnił często połączone były z pracą konserwatora, murarza, stolarza, malarza. Życie Go nie oszczędzało - wojna, zesłanie na roboty przymusowe do Niemiec, obóz koncentracyjny, nieraz mi o tym opowiadał, a nawet przynosił fotografie. Całe swoje życie oddał ciężkiej pracy, twierdząc że ona go przy życiu trzyma. Mieszkając z Rodziną w szkole - był na posterunku przez 24 godziny. Zawsze uśmiechnięty, nigdy nie mówił nie zrobię, nie dam rady, nie mogę. Odszedł.... ale pozostawił swoje dobre uczynki, których my nigdy nie zapomnimy. (Teresa Fic) Śp. Maria Bajda (1952 - 2012) "Nigdy nie ma dobrego momentu na pożegnanie bliskich, ale zawsze jest dobry czas, żeby otulić ich myślami." Jest kolejny dzień września 2012 roku. Kilka dni temu rozpoczął się nowy rok szkolny. Wszystko było jak zawsze o tej porze, a jednak inaczej – wśród naszego szkolnego grona zabrakło osoby, która co roku od 36 lat rozpoczynała we wrześniu pracę w tych murach. Nie ma już wśród nas śp. mgr Marii Bajdy. Ona ten nowy rok szkolny rozpoczęła już w niebiańskiej szkole. Ś.p. Maria Bajda urodziła się w Wałbrzychu, ale całe swoje życie spędziła w Jarosławiu. W 1967 roku ukończyła tutejszą Szkołę Podstawową nr 5, a następnie przez cztery lata uczyła się w Liceum Ogólnokształcącym. Jej powołaniem była praca z młodzieżą, dlatego po zdaniu matury podjęła dalsze kształcenie na uczelni pedagogicznej. We wrześniu 1976 r. ukończyła Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Rzeszowie, zdobywając kwalifikacje do nauczania chemii i fizyki. W tym samym miesiącu rozpoczęła pracę w Zespole Szkół Spożywczych – taką nazwę nosiła wówczas nasza szkoła. Przez 20 lat śp. Maria Bajda oprócz pracy dydaktycznej, sprawowała w naszej szkole funkcję Kierownika Szkolenia Praktycznego, którą pełniła z ogromną odpowiedzialnością dosłownie do ostatnich dni swojego życia. Jej praca i zaangażowanie w życie szkoły i środowiska było zauważane przez zwierzchników. w 1996 r. otrzymała nagrodę Kuratora Oświaty, w 2007 r. nagrodę Starosty Powiatu, a dyrektorzy szkoły ośmiokrotnie wręczali jej nagrody, dziękując za pracę na rzecz naszej szkoły. W 2007 r. na wniosek dyrektora szkoły, został jej przyznany przez władze państwowe Brązowy Krzyż Zasługi. W swoim pierwszym angażu śp. Maria Bajda ma napisane – „zatrudniona do odwołania” – pozostała wierna swojej szkole do ostatnich dni życia, a odwołał ją dopiero sam Bóg, wzywając do siebie po przepracowaniu w tej szkole 36 lat. W całym tym okresie była zaledwie na 8 dniach zwolnienia chorobowego. Wszyscy pracownicy szkoły spotykali się z jej matczynym ciepłem, zrozumieniem i pomocą. Gdy trzeba było komuś rzeczywiście pomóc, nie liczyła się ze swoim czasem, zdrowiem i niejednokrotnie finansami. Nie było dla niej rzeczy „niemożliwych” do zrealizowania. Zawsze pozytywnie nastawiona. Pamiętamy jej słowa odpowiedzi ”damy radę” na nasze rozterki czy obawy dotyczące jakiegoś problemu. Żadne nasze słowa nie są w stanie ująć i przekazać ludzkiej świadomości tego, jak ogromną ilość dobra Marysia dla nas uczyniła. Koleżanki i koledzy z pracy oraz cała społeczność uczniowska pozostaną jej wdzięczni, że była z nimi przez tyle lat i za to wszystko, co dla nich zrobiła. Praca dla młodzieży sprawiała jej największą radość. Uczniom była zawsze gotowa bezinteresownie poświęcić nieograniczoną ilość czasu zarówno w szkole, jak i w domu. Zawsze mówiła, że to społeczność szkolna jest naprawdę jej rodziną. W naszym odczuciu, Pan Bóg obdarzył ją łaską godnej, dostojnej i spokojnej śmierci po pomyślnym załatwieniu swoich ziemskich spraw. My mieliśmy zaszczyt być z Marysią w ostatnich chwilach jej życia. Wszystko, co swoim życiem nam Marysia przekazała, na pewno zostanie w naszej pamięci i w sercach. Całe dobro, które czyniła, na pewno będzie przynosiło owoce przez wiele lat dla każdego z nas i dla nas wszystkich razem. Tę miłość, którą miała dla naszej szkolnej rodziny, będziemy w sobie zgodnie z jej marzeniem pielęgnować i rozwijać. Wierzymy, że będzie nas w tych działaniach wspierać i w dalszym ciągu nam pomagać. (Jolanta Szyler, Lidia Sobczyńska, Władysław Płoszaj) Śp. Teresa Gilicińska - Pelc Gilicińska po rodzicach, Pelc po mężu, który także w tej szkole pracował. Teresa Gilicińska – Pelc – wychowanie fizyczne, Włodzimierz Pelc – nauczyciel przedmiotów zawodowych. Ogień i woda, krytycyzm i tolerancyjność, gwałtowność i pragmatyzm. Pierwszy element tych antynomii to Teresa. Tak ją widziałam na początku naszej znajomości w 1975 roku, Ona była mocno osadzonym, ja początkującym nauczycielem tej szkoły. Bałam się Jej ciętego języka, złośliwostek, inteligentnych, bywało że dosadnych uwag. Ludzi dzieliła na możliwych i niemożliwych do zaakceptowania, chciałam wskoczyć do pierwszych. Z czasem wiele się zmieniło, z czasem okazała się bardziej przystępna niż sądziłam, z czasem dostrzegałyśmy siebie bez zastrzeżeń i obostrzeń, z czasem stałyśmy się sobie bliskie w kilkuosobowym kręgu. Bliskie, potrzebne, nieodzowne od święta (imieniny, urodziny, Sylwester) i na co dzień (rada, pomysł, przepis, kawa, karty). To nie stało się na pstryk, dojrzewało latami, nabierało sensu i trwałości, przeniosło się na lata emerytury. Odwiedzałyśmy się, spotykałyśmy w kawiarni, cieszyły i martwiły zdarzeniami w naszych rodzinach, plotkowały. Teresa była nauczycielką lubianą przez młodzież. Poruszała się po szkole zawsze w asyście dwóch, trzech osób, Ona z pozornie groźną miną, one na hałaśliwym uśmiechu. Miała oko na talenty sportowe i dar przekonywania, że warto je rozwijać, stąd wiele imprez sportowych, wyjazdów, sukcesów, pochwał dla szkoły.Wiem, że z wieloma uczennicami przyjaźniła się do ostatnich dni, że chętnie wpadały na Tatarską na godzinę zwierzeń przy kawie. Jaka była naprawdę? Wrażliwa, oczytana, zorientowana politycznie i towarzysko, wierna w przyjaźni, dowcipna, głęboko przeżywająca, pozornie szorstka. Kochała zwierzęta i drzewa, uczniów i znajomych uczyła tej miłości. Wiem, że o zmierzchu nad wodą jaskółki gromadnie polują na muszki. Wiem, bo oglądałam z Nią te spektakle nad zalewem w Horyńcu. Przymykam oczy i tęsknię za Teresą. (Halina Pajda) Śp. Mieczysław Klimczak Pan Profesor Mieczysław Klimczak pracował w naszej szkole od 1964 do 1993 roku. W latach 1969-1981 pełnił obowiązki zastępcy dyrektora. Za zasługi dla oświaty był wielokrotnie nagradzany m.in.: Złotym Krzyżem Zasługi, Odznaką Zasłużonego Pracownika Przemysłu Spożywczego i Skupu, Odznaczeniem „Zasłużony dla województwa przemyskiego”, Nagrodą Ministra Oświaty i Wychowania II stopnia, Nagrodą Ministra Oświaty i Wychowania III stopnia. Ten człowiek wysokiej kultury, życzliwy, przyjazny, żywo zainteresowany wszystkimi przejawami życia młodzieży, kłopotami i radościami koleżanek i kolegów - zyskał szacunek i uznanie. Dla wszystkich był wzorem pracowitości, dobroci, szlachetności. Jako matematyk był bardzo wymagający, ale równocześnie rozumiejący uczniów umiarkowanie zainteresowanych w tym zakresie. Ze wspomnień nauczycieli wynika, że wiele zawdzięczali mu nauczyciele przedmiotów humanistycznych, bo wraz z nimi technikum stojące przedmiotami ścisłymi - przemienił w szkołę młodzieży kochającej poezję, muzykę, teatr. Pan Mieczysław wspierał wyjazdy do teatru i programy artystyczne oparte na motywach patriotycznych, przeżywał piękno słowa poetyckiego, wzruszał się muzyką. Cieszył się sukcesami uczniów zdobywających wysokie miejsca w konkursach, festiwalach międzyszkolnych czy w popisach krasomówczych. Jego pracowite, uczciwe i piękne życie, można określić jako spełnioną baśń z mądrym przesłaniem. (Na podstawie wspomnień Pani Stanisławy Szim i Pani Haliny Pajdy - opracowała Dorota Wierzbińska- Dubaj) Śp. Władysława Mazur Była moją wychowawczynią i nauczycielką chemii w latach 1986-1990. Z pierwszego spotkania pozostało w pamięci miłe wrażenie: jaka ładna, jaka elegancka, jaka sympatyczna. Stworzyła w klasie atmosferę zaufania pozbawioną lęku przed nauczycielami (może jednak nie przed każdym - jeśli się miało nieuleczalną awersję do któregoś przedmiotu). Siedziałam w pierwszej ławce, zapisywałam symbole i reakcje i niepostrzeżenie polubiłam chemię. Zadziałało. Łagodny głos, przystępne tłumaczenie i pytanie „Kto czegoś nie zrozumiał”. Pani Profesor uczyła też umiaru. Zwracała uwagę na długie kolczyki, zbyt krótkie bluzki czy spodnie, na pstrokaciznę - ani słowa, mówiła spojrzeniem.. Umiar obowiązywał też w słownictwie, głośności w relacjach koleżeńskich - „Kobieta ma być delikatna”. Czego nie udało się mamom, osiągała nasza wychowawczyni. Przed maturą wzajemne zaufanie na linii wychowawca- uczeń osiągnęło stopień prawie idealny. Jeszcze jeden epizod, znacznie późniejszy, zapadł mi w pamięci. W 2008r. Szkoła uroczyście świętowała sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Spotkanie w klasach z nauczycielami i zjawia się nasza „Władzia”. Jak zawsze elegancka i uśmiechnięta, trochę zmarszczek, piękna siwizna, ten sam łagodny głos, nawet kolor szminki na ustach ten sam. Stanęłyśmy ramię w ramię - Ona emerytowany i ja czynny nauczyciel tej szkoły, aby wspólnie poprowadzić spotkanie po latach. Wspomnienia, wspomnienia, wzruszenia i uśmiechy. Było to ostatnie, kto by się spodziewał, spotkanie z naszą dobrą i mądrą nauczycielką, padł nawet cytat z wiersza księdza Twardowskiego, „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, bo mądry, choć zbyt często odkładamy jego przesłanie na „potem”. (Wanda Mazurek)